Miasto oblepione plakatami. Nudnymi i wtórnymi. Zbliżenie na twarz, kolorowe liternictwo – koncert. Trójka głównych aktorów na tle scen-fajerwerków – film. Plagiaty. Popiełuszko – polskim Bondem. Wojna Masłowskiej - polskim Trainspotting. Do tego imprezy z wciąż tym samym tłem, erotyczne billboardy, margaryny, lśniące patelnie i zapachowe choinki do auta (czy naprawdę zapachowe drzewka będą się lepiej sprzedawać podane w oparach seksu? Aromat piżma?). Kicz i pstrokcizna.
Pośród tych okropnych płacht – perełki. Plakaty Opery Narodowej. Prostota. Pomysł. Perfekcja. Kolory. Czytaj dalej »
Pierwszy Festiwal Jazzowy w Lublinie. 3 dni. Niezły program. Dobra cena. Świetny plakat. Z przyczyn różnych (wliczając czas, pieniądze i parę innych) trzeba było wybrać tylko jeden z festiwalowych wieczorów. Padło na piątek, znowu z różnych powodów. Tak oto znaleźliśmy się na trasie lubelskiej, walcząc z tirami i autokarami a traktor przebiegł nam drogę. Po wjeździe do miasta, już spóźnieni, jakimś dziwnym sposobem zboczyliśmy z prostej ścieżki, która miała doprowadzić nas wprost na plac Litewski. „Trzeba się kogoś spytać. To duże miasto, w życiu nie trafimy. No dobra, ale pada. Spróbujmy tu skręcić. I tu. Wjechaliśmy na jakieś osiedle. I tu. Bez sensu. Zapytać? O patrz – plac Litewski. O patrz – plakat. Jesteśmy na miejscu.” Znalezienie miejsca do parkowania okazało się równie łatwe. Po odebraniu zarezerwowanych biletów dowiedzieliśmy się, że pierwszy koncert rozpoczął się ponad 20 minut temu, a sala jest przepełniona i pani wątpi czy w ogóle damy radę wejść. (obdarzyliśmy ją pełnymi uroku uśmiechami i) Po chwili zastanowienia stwierdziła – dobrze, spróbuje was wprowadzić drugimi drzwiami. Rzeczywiście, sala była pełna, ludzie siedzieli na podłodze, tylko przy samym wejściu czekały dwa wolne miejsca. W pierwszym rzędzie. Jakby specjalnie dla nas. A na scenie: 









