O mikroblogingu [ok, nazwijmy rzecz po imieniu - o Twitterze]. Krótko, jak na temat przystało. Zjawisko ani nowe, ani przesadnie rewolucyjne. Przez część społeczności internetowej traktowane [niestety] jak przedłużenie opisu z Gadu-Gadu, czego najlepiej dowodzi polski odpowiednik serwisu – BLIP [skrót od Bardzo Lubię Informować Przyjaciół]. Przez część drugą [z trzech?] pomijane a nawet pogardzane, bo kojarzone wyłącznie z lansem celebrytów i plotką przez malutkie p. A ja mówię – Twitter jest fajny. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta – może spełniać bardzo ważną w dzisiejszym świecie rolę. Pomóc segregować informację. Im bardziej sieć zapycha się tonami śmieci, tym ważniejsze staje się wyławianie linków nawet niekoniecznie “ważnych”, co ciekawych. Wystarczy odpowiednio zbudować listę “following” i codziennie rano otrzymać garść artykułów, zdjęć, filmów. Takich jak ten – I właściwie możnaby zapytać czym to różni się od rozsyłania fajnych linków wsród znajomych. Oprócz wygody formy na przykład tym, że można zobaczyć co dziś zafascynowało i zainspirowało Williama Gibsona. http://twitter.com/GreatDismal
Zajrzyjcie czasem: http://twitter.com/barwoda i http://twitter.com/novorod
Miasto oblepione plakatami. Nudnymi i wtórnymi. Zbliżenie na twarz, kolorowe liternictwo – koncert. Trójka głównych aktorów na tle scen-fajerwerków – film. Plagiaty. Popiełuszko – polskim Bondem. Wojna Masłowskiej - polskim Trainspotting. Do tego imprezy z wciąż tym samym tłem, erotyczne billboardy, margaryny, lśniące patelnie i zapachowe choinki do auta (czy naprawdę zapachowe drzewka będą się lepiej sprzedawać podane w oparach seksu? Aromat piżma?). Kicz i pstrokcizna.
Pierwszy Festiwal Jazzowy w Lublinie. 3 dni. Niezły program. Dobra cena. Świetny plakat. Z przyczyn różnych (wliczając czas, pieniądze i parę innych) trzeba było wybrać tylko jeden z festiwalowych wieczorów. Padło na piątek, znowu z różnych powodów. Tak oto znaleźliśmy się na trasie lubelskiej, walcząc z tirami i autokarami a traktor przebiegł nam drogę. Po wjeździe do miasta, już spóźnieni, jakimś dziwnym sposobem zboczyliśmy z prostej ścieżki, która miała doprowadzić nas wprost na plac Litewski. „Trzeba się kogoś spytać. To duże miasto, w życiu nie trafimy. No dobra, ale pada. Spróbujmy tu skręcić. I tu. Wjechaliśmy na jakieś osiedle. I tu. Bez sensu. Zapytać? O patrz – plac Litewski. O patrz – plakat. Jesteśmy na miejscu.” Znalezienie miejsca do parkowania okazało się równie łatwe. Po odebraniu zarezerwowanych biletów dowiedzieliśmy się, że pierwszy koncert rozpoczął się ponad 20 minut temu, a sala jest przepełniona i pani wątpi czy w ogóle damy radę wejść. (obdarzyliśmy ją pełnymi uroku uśmiechami i) Po chwili zastanowienia stwierdziła – dobrze, spróbuje was wprowadzić drugimi drzwiami. Rzeczywiście, sala była pełna, ludzie siedzieli na podłodze, tylko przy samym wejściu czekały dwa wolne miejsca. W pierwszym rzędzie. Jakby specjalnie dla nas. A na scenie: 








