100

Jest zimno i pada. Nie żebym nie lubił deszczu. Siadam i poddaje się atakowi informacji. Tłoczonych kablami, zanieczyszczających papier, przepychających w eterze. Czas mija, deszcz pada, a informacje płyną. Nagle słyszę dzwonek do drzwi. Wstaje z trudem, dopiero teraz czuje zdrętwiałe kończyny, głód, pragnienie, pełny pęcherz. Przekręcam klucz w zamku, uchylam drzwi. W zimnym blasku świetlówek stoi starszy facet w znoszonym, szarym garniutrze, okularach przeciwsłonecznych [jak on kurwa widzi w tych ciemnościach], ze srebrnym neseserem w dłoni. Zapraszam go do środka.
- Jestem … – uciszam go gestem. Ide do kuchni zrobić herbatę.
Stawiam przed nim kubek z parującym naparem. Pachnie bergamotką, pomarańczą i cykutą.
- Pan jest… – znów stopuje go uniesieniem ręki.
Patrzy niepewnie. Jeszcze raz próbuje zacząć swoja wyuczoną gadkę.
Znów mu przerywam.
- Wiem kim pan jest i co chce pan powiedzieć. Prosze sobie darować. Tak, wezmę tą walizkę. Jest tylko jeden problem.
Teraz jest już naprawdę zdziwiony. Zdejmuje okulary i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Są szare. Upijam łyk herbaty i mówie.
- Jest mi niezmiernie przykro, agencie Graves, ale sto niestety mi nie wystarczy.

W tle słychać spikera z TV, kolejny raz powtarzającego wiadomość dnia.

Dodaj komentarz