Przerażające płyty

H.P.Lovecraft i jego naśladowcy pisali o rzeczach bluźnierczych. Nieopisywalnych. O sprawach, które ciskają człowieka, jak szmacianą lalkę w dół spirali obłędu. Dziwak z Providence twierdził, że nie tylko sny, obrazy i wizje mogą przerażać. Szaleństwo pachnie. Szaleństwo brzmi. Jak skrzypce Ericha Zanna.

Dziś o następcach artysty z Rue d’Auseil. Dwie przerażające płyty.

Einsturzende Neubauten – „1/2 Mensch”.

Założony w 1980 w Berlinie Zachodnim zespół dołożył swoją (dużą) cegiełkę do zjawiska muzyki industrialnej. Choć właściwie należałoby napisać, że raczej coś rozbił, niż zbudował. W końcu ich nazwę można przetłumaczyć jako „walące się nowe budownictwo”. Blixa Bargeld (którego można usłyszeć też na najsłynniejszych płytach Nicka Cave’a i Bad Seeds) i jego koledzy postanowili w dużym stopniu zrezygnować z klasycznych instrumentów na rzecz narzędzi, kawałków blachy i tym podobnych. Jako członkowie dadaistycznego ruchu muzycznego „Die Geniale Dilletanten” porzucili też z prawie wszystkie  formalne składowe piosenki. Refrenowa konstrukcja, harmonia, melodia. Zafascynowany ostatnimi kompozycjami Niemców – już zdecydowanie przypominającymi coś, co potocznie zwykło nazywać się muzyką, takimi jak „Sabrina” („Silence is sexy”, 2000)  czy „Weil Weil Weil” („Alles wieder offen”, 2007), kupiłem prawie w ciemno jedną z wcześniejszych płyt – „Halber Mensch”. Wcześniej wyczytałem tylko, że to pierwszy materiał zespołu, który ma bardziej klasyczną strukturę. Już od pierwszych sekund dziwacznie wyśpiewanego (prawie a capella) tekstu piosenki tytułowej wiedziałem, że to nie jest zwykła płyta. Choć może lepiej byłoby napisać: to nie jest normalna płyta. Pełna hipnotycznego rytmu, dziwacznych dźwięków, krzyków, jęków i wokaliz. Przywodzi na myśl bluźniercze rytuały, podziemne kulty, bunty maszyn, przemysłowy chaos. I choć pierwsze przesłuchanie jest trudne, to fascynuje. W jakiś brudny, narkotyczny zgoła sposób. Awangardowy japoński twórca Ishii Sogo nakręcił film ilustrujący cały krążek. Zespół, opuszczone fabryczne hale i groteskowy taniec Butoh. Poniżej próbka – utwór ZNS.

Utrata punktów poczytalności -1k3/-1k6 (taki nerdowski smaczek, nie mogłem się powstrzymać).

Fantomas – „Delirium Cordia”.

Macie takie płyty, które uważacie za wybitne, a mimo to słuchacie ich bardzo rzadko? Zawsze w pełnym skupieniu? I zawsze to niesamowite przeżycie? Ja mam. Trwa 74 minuty 14 sekund i zawiera tylko jeden utwór: „Surgical sound specimens from the museum of skin”. Koncept album mający obrazować operację chirurgiczną bez znieczulenia. Brzmi jak soundtrack do nieistniejącego hororu. Pełen nigdy niesłabnącego napięcia – co będzie na końcu tego ciemnego, strasznego korytarza. Co będzie dalej. Płyta bardzo spójna, mimo żonglerki stylami i konwencjami. Bardzo mocna, avant-metalowa perkusja Dave’a Lombardo (tego ze Slayera), dark ambientowy bas Trevora Dunna (znanego m.in. ze współpracy z Zornem), gitara Buzza Osbourna (Melvins, ale grał też w pierwszej kapeli Cobaina). Wreszcie mistrz ceremonii – Mike Patton. Charyzmatyczny wokalista, który od rozpadu Faith No More wciąż udowadnia, że jest jednym z najbardziej kreatywnych muzyków (rockowych?) świata. Do tego Fantomas serwuje mnóstwo sampli, odgłosy z sali operacyjnej, wiatru, nastrojowe chóry, a na koniec – kilkanaście minut bicia serca. Plus piękne wydanie z przyciemnianą okładką i zdjęciami Maxa Aguilera-Hellwega. „Delirium Cordia” jest tak różnorodna, że nie sposób wybrać reprezentatywny fragment, niech więc będzie taki: 

Utrata punktów poczytalności -1k3/-1k6.

„Muzyk ociekał potem, wykrzywiał się jak małpa, cały czas wpatrując się w zasłonięte okno. Pod wpływem tej gry niemalże widziałem dziwnych satyrów i bachantki wirujące w oszalałym tańcu pośród kipiących otchłani chmur, dymu i błyskawic. Wtem wydało mi się, że słyszę przejmujący, jednostajny dźwięk, który nie mógł się dobywać ze skrzypiec; spokojny; świadomy, z określonym celem, szyderczy głos gdzieś z dali.” H.P.Lovecraft – „Muzyka Ericha Zanna”

Nie mówcie, że nie ostrzegałem.  

Odpowiedzi: 3 do “Przerażające płyty”

  1. Bartłomiej Wódarski Powiedział/a:

    To jeszcze ciekawostka na deser. Chyba wszyscy znaja “where the wild roses grow”, które Cave śpiewa razem Kylie Minogue. Pierwotnie partia Kylie była przeznaczona dla Blixy Bargelda. W tej wersji dostępna jest na B-sides & Rarities, a koncertowa, późniejsza tu.

  2. Anka Powiedział/a:

    słodkie :)

  3. Szczur Powiedział/a:

    Dziwaczne, ale ciekawe na swój sposób. Tych pierwszych słyszałem coś wcześniej i totalnie mi nie podeszli, zaprezentowany fragment prezentował się…dziwniej (znaczy lepiej chyba :) ). Delirium Cordia okazał się całkiem przyjemny do słuchania, tylko nie wiem jeszcze przy czym, bo jest zbyt chaotyczny (czy też może arytmiczny), żebym mógł go przy Matlabie słuchać.

    Za ciekawostkę dzięki, lubię ten kawałek od kiedy się okazało że to jeden z niewielu przy których konsolowy Singstar nie określa mnie jako pozbawionego słuchu ;)

Dodaj komentarz