Lublin fajny Jest.

JAZZ - PLAKAT - PRINT.cdr Pierwszy Festiwal Jazzowy w Lublinie. 3 dni. Niezły program. Dobra cena. Świetny plakat. Z przyczyn różnych (wliczając czas, pieniądze i parę innych) trzeba było wybrać tylko jeden z festiwalowych wieczorów. Padło na piątek, znowu z różnych powodów. Tak oto znaleźliśmy się na trasie lubelskiej, walcząc z tirami i autokarami a traktor przebiegł nam drogę. Po wjeździe do miasta, już spóźnieni, jakimś dziwnym sposobem zboczyliśmy z prostej ścieżki, która miała doprowadzić nas wprost na plac Litewski. „Trzeba się kogoś spytać. To duże miasto, w życiu nie trafimy. No dobra, ale pada. Spróbujmy tu skręcić. I tu. Wjechaliśmy na jakieś osiedle. I tu. Bez sensu. Zapytać? O patrz – plac Litewski. O patrz – plakat. Jesteśmy na miejscu.” Znalezienie miejsca do parkowania okazało się równie łatwe. Po odebraniu zarezerwowanych biletów dowiedzieliśmy się, że pierwszy koncert rozpoczął się ponad 20 minut temu, a sala jest przepełniona i pani wątpi czy w ogóle damy radę wejść. (obdarzyliśmy ją pełnymi uroku uśmiechami i) Po chwili zastanowienia stwierdziła – dobrze, spróbuje was wprowadzić drugimi drzwiami. Rzeczywiście, sala była pełna, ludzie siedzieli na podłodze, tylko przy samym wejściu czekały dwa wolne miejsca. W pierwszym rzędzie. Jakby specjalnie dla nas. A na scenie:

Pink Freud & Peter Wareham

Było ostro. Ostrzej niż jesienią 2007 kiedy to słyszałem ich na żywo ostatni raz. Więcej też chyba elektroniki. Niestety to wciąż ten sam sztywny repertuar, grany według tego samego klucza, z kilkoma odstępstwami na numery Petera. Sam gość wniósł niewiele do brzmienia zespołu. Niby wszystko ok, ale mało w tym swobody, świeżości. Mimo to – dali świetny, energetyczny koncert, gdzieś na pograniczu nu-jazzu i rocka. Nogi same wybijają rytm.

Contemporary Noise Sekstet

Kolejny niemal rockowy występ. Przestrzennie, melodyjnie, filmowo, ale z pazurem. Najciekawsze były numery skomponowane na potrzeby spektaklu „Zaśnij teraz w ogniu” Przemysława Wojcieszka, szczególnie „najbardziej hardcorowe oblicze zespołu” czyli „Słuchaj, kurwo!” zagrane na bis. Mocne.

Paristetris

Koncert premierowy nowego projektu. Candelaria Saenz Valiente – wokal. Marcin Masecki – klawisze . Macio Moretti – bębny. Plus Bartek Magneto gitary i DJ Lenar. Niesamowity głos Candelarii. Zabawa muzyką. Performance. Zmiany tempa. Oldskulowa elektronika. Charakterystyczny styl Maseckiego. Punkowa energia. Dziwaczne teksty. Kabaret i wodewil. Patton. Lirycznie. Lynch. Ok, poddaje się. Wszystko to. Paristetris. Zaskakujące. Doskonałe muzycznie. Niekoniecznie w stylu, który najbardziej lubię, ale ma szanse stać się kultowym.

Minusy festiwalu. Naliczyłem trzy.

1. Wizualizację. Na ekranie za sceną wyświetlano coś co miało korespondować z muzyką. Nie udało się. Było kiepsko , bez sensu i raczej przeszkadzało. A muzyka obroniła się sama.

2. Absurdalny pomysł wypraszania wszystkich z sali na 200 osób do sali na 50 podczas przerw.

3. Najgorszy konferansjer jakiego widziałem na imprezie jazzowej. Czytał z kartki. W dodatku głupoty. Egzaltowanym głosikem. Silił się na idiotyczne żarty. A kiedy na koniec zaczął zawodzić melodię ostatniego numeru Paristetris część widowni miała ochotę chwycić przegniłego pomidora i rzucić.

Paristetris wychodzi na bis. Zagrali już cały przygotowany set i widać, że zastanawiają się co zaproponować. Jakiś głos z Sali,  rodem z prawdziwie rockowej imprezy:

- Jedziemy, jedziemy !

Macio Moretti szepcze coś na ucho Candelarii, która podchodzi do mikrofonu i odpowiada:

- A dokąd jedziecie ?

 

Lublinowi gratulujemy festiwalu. Maseckiemu małżonki.

Dodaj komentarz